Ten post miałam napisać już jakiś czas temu. Bo (druga) rocznica mojej emigracji wypada 26. lutego. Ale nie miałam na to czasu. Ani siły. Teraz siły dalej nie mam, bo COVID wysysa ze mnie energię, za to mam czas – bo kwarantanna. Więc spróbuję się skupić, i napisać coś z sensem o mojej (na razie) dwuletniej emigracji w Krainie Wiatraków.

A co, jeżeli nie dogadasz się z nową szefową? – zapytała moja rodzicielka, kiedy po świętach Bożego Narodzenia A.D. 2019 wsiadałam w busa powrotnego do Warszawy.

No, to się spakuję i spadam do Holandii – odpowiedziałam bez większego zastanowienia.
Bo o emigracji myślałam już dobre pół roku. Bo tak naprawdę mimo kilkuletniego stażu w korporacji, jakoś nie umiałam się dopasować do tego świata.


Po prostu jakoś tak wyszło, że po studiach dostałam szybko pracę 'za biurkiem’ i jakoś tak wsiąkałam z miesiąca na miesiąc w ten korpo-świat, jednocześnie czując, ze to nie jest do końca to co bym chciała (ale że po prostu 'tak wypada’).

ADK Berlin, czyli jak to wszystko się zaczęło.

Mur Berliński


Mam taką tradycję, że wracam do niektórych miejsc. I takim miejscem jest Berlin. Byłam wielokrotnie i za miesiąc będę znowu. Któregoś razu zamiast hostelu wybrałam CouchSurfing i poznałam tam fajnych ludzi. Ulicznych muzyków ze skłotu. I tak sobie pomyślałam, ze oni mają fajne życie, Lubią to, co robią, cieszą się chwilą i nikt ich nie zmusza do siedzenia za biurkiem 9-5, noszenia koszul, których nie lubię i stykania się z ludźmi, z którymi nie mogą się porozumieć.
I to był taki impuls, że ja też tak chcę. Bo kiedyś taka byłam i mi to odpowiadało. I ten pomysł dojrzewał we mnie pół roku.

2020 – bilet w jedną stronę.

Od kilku tygodni co weekend wywoziłam z warszawy pełną walizkę swoich rzeczy. Bo trochę się tego nazbierało. Ostatnią, tą którą zabierałam ze sobą do Holandii, spakowałam kilka godzin przed wylotem, bo poprzedniego dnia wróciłam z Turcji i musiałam to wszystko jakoś sensownie upchać. Na lotnisku waga pokazała dokładnie 32 kg, czyli dokładnie tyle, ile miałam wykupione. Przyjęłam to za dobry znak. Ale los zdecydował inaczej, bo zaczęła się pandemia.

Trudne życie w w czasach COVID

Przybyłam, odpoczęłam, pozwiedzałam. Czas zabrać się było za szukanie pracy. Przechodziłam wtedy rozpoczęty jeszcze w Polsce proces rekrutacyjny. Do firmy z branży turystycznej. Ale jak granice się zamknęły, to proces rekrutacyjny się urwał. I trzeba było sobie jakoś radzić. Przez ostatnie dwa lata robiłam dużo rzeczy. Nalewałam piwo w barze (póki nie zamknęły gastro), ogarniałam paczki na magazynie z elektroniką (póki nie zamknęły granic), pakowałam owoce i warzywa (póki nie znalazłam czegoś innego). No i kwiatki. Kwiatki przeróżne. Duże i małe, brzydkie i ładne. I tak do tej pory się tych kwiatków trzymam.


Krok po kroku.

rotterdam emigracja podsumowanie

Miałam gdzie spać i wiedziałam jako-tako jak wszystko w kraju funkcjonuje (dzięki Erasmusie!). Ale wiadomo, ze od czasu wymiany trochę się zmieniło. Ale i tak miałam ułatwione zadanie. Z czasem zaczęłam ogarniać coraz więcej rzeczy. Nauczyłam się podstaw języka i potrafię się dogadać (mimo, że większość Holendrów zna angielski, lepiej znać na wszelki wielki podstawy języka urzędowego). Wynajęłam kawalerkę, jestem w niej zameldowana. Płacę podatki. I mam status życia 'stabilne’. Wiadomo, że korona pokrzyżowała mi plany bardzo, bo miała być dobra praca i dużo podróży. A jest, jak jest.


Wcale nie tęsknię za domem!

emigracja podsumowanie tęsknota
Zamiast do Polski, wolę np. do Albanii 🙂

Znajomi co chwila odliczają kiedy będą w Polsce. Ja, pytana o urlop (w domyśle w PL), odpowiadam że tam nie jeżdżę. Bo nie mam po co. Chyba ze muszę. Bo pewnych spraw urzędowych się nie przeskoczy. I tyle. Zdecydowanie nie tęsknię, bo chyba zdałam sobie sprawę, ze Polska nie jest dla mnie. Nie mówię, ze Niderlandy są, ale na pewno czuję się tu lepiej niż w ojczyźnie. Nie jest to też moja docelowa destynacja, bo jeszcze rok, może dwa i ruszę dalej w świat. Gdzieś daleko.

A tak w ogóle… Co mi ta emigracja dała?

Na pewno lekcję pokory i cierpliwości. Bo nagle się okazało, ze więcej nie wiem, niż wiem. I że moje dyplomy, sukcesy zawodowe i znajomość języków obcych nie jest taka wow (chociaż w Polsce bez problemu znalazłabym dobrą pracę). Musiałam mocno zweryfikować swoje osiągnięcia zawodowe i tak na prawdę zacząć wszystko od początku. I to jest właśnie lekcja cierpliwości.

Wyjazd zweryfikował też dużo znajomości. Bo nagle połowa znajomych się ode mnie odwróciła, bo wyjechałam. Inni na chama wpraszali się w moje holenderskie skromne progi, pod pretekstem mocnej tęsknoty za moją osobą. Jeszcze inni nie szczędzili uszczypliwych komentarzy, kiedy dowiedzieli się, ze pracuję fizycznie.

Po prostu w ten sposób dowiedziałam się, na kim mogę polegać.

No i poznałam sporo nowych, fajnych osób (głównie dzięki IG).

A… no i nie zapomnijmy o tym całym wzbogaceniu kulturowym. Bo to tez jest ważne!